Nie jestem zwolennikiem Facebooka. Mam tam wprawdzie konto, ale nie potrafię się przemóc, żeby z niego aktywnie korzystać. Moje wpisy na osi czasu ograniczają się do "Dołączył do Facebooka" i raz na kwartał - "Ryszard i ... są teraz znajomymi." Moja żona przeklina mnie nawet za to, że prowadząc jeden z większych projektów lokalnej mniejszości, nie udało mi się nawet polubić fanpage'a tego projektu, który de facto sam prowadzę! Niesłychane!
I to fakt: odczuwam pewien niesmak, gdy pomyślę, że mając w zasięgu ręki takie narzędzie jak Facebook, pozostaję nieco na uboczu, nie wykorzystuję jego potencjału. A potencjał jest. I to nie mały. Wprawdzie nie potrafię go dla siebie wykorzystać, ale na pewno go dostrzegam. Swego czasu dostrzegł go Zuckerberg i byłbym głupcem, gdybym twierdził, że to bez znaczenia - po tym, jak ten facet udowodnił, że można, że się da, że to działa. Jedyne, przez co postrzegam się nie do końca na straconej pozycji, to wiedza, że Facebook istnieje i będzie istniał, a ignorowanie go do niczego nie prowadzi.
Również jako nauczyciel odczuwam ten sam niedosyt, bo wiem, że moja praca mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, gdybym mógł sięgnąć po te wszystkie fajne pomysły, jakie mają moi koledzy po fachu i z powodzeniem stosują je w swojej pracy. Mógłbym i mogę - pod warunkiem, że o nich wiem. Żeby nie być gołosłownym - zobacz mój profil na Twitterze - gromadzę tam co ciekawsze spostrzeżenia na temat zmian, jakie towarzyszą nam w dzisiejszym świecie i edukacji. Przez minione miesiące i lata surfowania po sieci natknąłem się na szereg pomysłów, z których część odmieniła również mój warsztat pracy. Wprost trudno mi dziś sobie wyobrazić, że nadal biegam z pendrivem, że czasami go zapomnę albo że uległ awarii w najmniej spodziewanym momencie, a ja tracę wszystkie moje pliki, jakie na nim zapisałem. Nagrywanie czegokolwiek na płytkę CD w ogóle nie wchodzi w rachubę, a przerzucanie plików na kartę pamięci czy telefon komórkowy uznaję po prostu za mordęgę. Bo mam inny pomysł: dyski w chmurze. Przechowywanie danych w chmurze odmieniło wprost moje życie zawodowe. - Cokolwiek przygotuję na domowym komputerze, mam do tego dostęp w szkolnym biurze i w każdej sali lekcyjnej. Ostatnio nawet wybieraliśmy się z naszą klasą maturzystów na pewne szkolenie na jednej z opolskich uczelni, gdy na przystanku autobusowym jedna z moich uczennic mówi mi, że ma jakieś problemy z zadaniem domowym, które zadałem jej dzień wcześniej. Ja z radością: że nie ma problemu, że zaraz zobaczymy i... wyciągam smartfona, zaglądam do naszych notatek z lekcji i nawet na przystanku autobusowym mam dostęp do wszystkiego, co dzień wcześniej działo się w szkole. - Moja uczennica z resztą też.
Nie mogę wprost pojąć, że jeszcze rok temu biegałem z tym pendrivem. I z tego, co widzę, to duża część nauczycieli jeszcze z nim biega (jeśli w ogóle korzysta z komputera). Co może odmienić ich życie, to ta jedna mała iskierka - pozwolić sobie pokazać, jakie są możliwości i jaki potencjał tkwi w nowych technologiach, i oczywiście... chcieć z nich skorzystać.
W dobie rozwoju nowych technologii pojęcia "szkoła" i "współpraca" nabierają zupełnie nowego znaczenia. Ale nie dla wszystkich. - Nasze dzieci na co dzień sprawnie posługują się smartfonami i wymieniają treściami. Jedynie w szkole - miejscu, gdzie spędzają większość swojego dnia - siedzą grzecznie w ławce, a korzystanie z komputera postrzegane jest przez nie jako atrakcja i urozmaicenie lekcji. Kto za tym stoi? - Nauczyciel. Jak można to zmienić? - Przeczytaj na tym blogu.
wtorek, 26 listopada 2013
czwartek, 14 listopada 2013
Nie mogę pozwolić sobie na bycie offline
Bycie offline jest dla dużej części nas, dorosłych cyfrowych imigrantów, naturalnym stanem rzeczy. Bycie offline określa nasz byt. Dumni jesteśmy z tego, że "za naszych czasów" nie było komputerów, Internetu i Facebooka, a na takich porządnych ludzi wyrośliśmy! I nawet nasza stara, tradycyjna szkoła potrafiła nauczyć nas, jak być dobrym obywatelem. Są wśród nas nawet tacy, którzy chełpią się tym, że nie korzystają z komputera, że nie mają adresu mailowego, że nie korzystają z Facebooka. Można by rzec: Wszyscy się tak urodziliśmy, tacy jesteśmy i tak pomrzemy. - Dinozaury ery przedkomputerowej.
I może jest to całkiem naturalny stan rzeczy. Może rzeczywiście tak powinno pozostać. W końcu nie można zmusić nikogo do tego, aby coś było mu potrzebne - aby czegoś chciał, aby czegoś pragnął. I szczerze mówiąc, w życiu pozazawodowym nikogo nie powinno to obchodzić, czy mamy komputer, dostęp do Internetu i konto na Facebooku. Prywatnie dokonujemy własnych, nieprzymuszonych wyborów i jeśli wolimy kontaktować się z kimś offline, to nic nikomu do tego. Basta.
Ale jest jeszcze życie zawodowe - praca, a w przypadku ucznia - szkoła. I tu życie zaczyna się komplikować. Bo czy możemy np. jako nauczyciele pozostawać offline? Otóż nie! Z dwóch powodów: Po pierwsze, zdarza się, że nasza praca to wiele zobowiązań. W różnych miejscach, z różnymi ludźmi, o różnych porach. Jeśli chcemy to efektywnie połączyć w jedną całość, wywiązywać się ze swoich zobowiązań, w terminie wykonywać zadania przełożonego, kierować zespołem klasowym, koordynować organizację imprez szkolnych czy zarządzać zespołem nauczycieli, musimy pilnować każdego naszego zobowiązania. Niedopełnianie zobowiązań najbardziej jest odczuwalne, gdy sami coś organizujemy i gdy to my czegoś potrzebujemy od innych. Nauczyciele dobrze wiedzą o czym mówię, bo to oni najczęściej załamują ręce, gdy ich uczniowie nie zrobili na czas tego, do czego ich nauczyciele zobowiązali. A najgorsze w tym wszystkim wtedy jest to, że ci niesforni uczniowie nie zdają sobie sprawy, że nauczyciel angażował w to jeszcze innych ludzi - coś z nimi uzgadniał, coś im obiecywał, a czasami nawet podejmował jakieś zobowiązania finansowe. "No po prostu odechciewa się wszystkiego!"
Ale nie załamujmy rąk, Drodzy Uczniowie! Wasi nauczyciele wcale nie są lepsi. Oni też nie wywiązują się ze swoich zobowiązań. Można by powiedzieć, że nie odrabiają zadań. Oczywiście nie wszyscy. I nie zawsze. To jest dokładnie tak jak wśród uczniów. - Jeden zrobił, co do niego należy, a inny nie. I gdyby można było takich nauczycieli posadzić wszystkich razem w ławkach i przez osiem godzin lekcyjnych wykładać im, co i jak, i kiedy, to szkoły nasze działałyby odrobinę sprawniej. Ale tak nie jest. Więc pozostaje nam do wyboru:
1. Wołać każdego z osobna lub dzwonić do każdego z osobna i klarować, o co nam chodzi.
2. Wysłać jednego maila do wszystkich i mieć nadzieję, że ten odpowiedzialny nauczyciel przeczyta go w miarę szybko i ze zrozumieniem, i zrobi, co do niego należy.
Oczywiście założeniem jest, że... nauczyciel jest online. I odbiera maile, i odpowiada na nie, bo wie, że od jego odpowiedzi zależą czas, praca i zobowiązania innych ludzi.
A jeśli nie jest online, nie może sprawnie funkcjonować we współczesnej szkole, ku czemu znajdziemy jeszcze jeden ważny powód. Są nim sami uczniowie.
Przyglądnijmy się takiej Natalii. Ta dziewczyna jest przyklejona do telefonu. Gdzie ją nie spotkasz, zawsze w ręku trzyma smartfona. Coś na nim pisze, coś sprawdza, coś czyta. A pozostali? Pierwsze, co robią, wychodząc z klasy, to sprawdzenie, czy ktoś przypadkiem do nich nie dzwonił lub nie pisał. Taka Ola nie potrafi się powstrzymać, żeby nie odebrać swoich wiadomości nawet podczas lekcji, a Thomas byłby gotów w trakcie zajęć odpowiadać na zapytania z Allegro dotyczące jego aukcji. Przejdź się korytarzem dowolnej uczelni wyższej, a w ciągu kilku sekund naliczysz dookoła siebie tuzin smartfonów, tabletów i laptopów. Ci ludzie są non-stop online! Jeśli mają odpowiednio skonfigurowane urządzenia, to pierwsi dowiedzą się z serwisów prasowych, co się dzieje na świecie - całe 6 godzin przed tym, gdy ich nauczyciel przyjdzie do domu i o 19.30 włączy Wiadomości!
Bycie online przestaje być czymś niezwykłym. Stało się częścią życia młodych ludzi wypełniających szkolne ławki. Ludzi, którzy na bazie zaledwie kilku minionych lat rozwoju technologii cyfrowych z zamkniętymi oczami wypisują sms-y i znają wszystkie gesty do obsługi smartfona dwoma palcami. Ludzi, którzy bez przerwy są ze sobą w kontakcie. Ludzi, których my, nauczyciele, mamy czegoś uczyć. Jeśli poważnie myślimy o sprostaniu wymaganiom, jakie stawia przed nami dzisiejsza szkoła, musimy pozostać online.
I może jest to całkiem naturalny stan rzeczy. Może rzeczywiście tak powinno pozostać. W końcu nie można zmusić nikogo do tego, aby coś było mu potrzebne - aby czegoś chciał, aby czegoś pragnął. I szczerze mówiąc, w życiu pozazawodowym nikogo nie powinno to obchodzić, czy mamy komputer, dostęp do Internetu i konto na Facebooku. Prywatnie dokonujemy własnych, nieprzymuszonych wyborów i jeśli wolimy kontaktować się z kimś offline, to nic nikomu do tego. Basta.
Ale jest jeszcze życie zawodowe - praca, a w przypadku ucznia - szkoła. I tu życie zaczyna się komplikować. Bo czy możemy np. jako nauczyciele pozostawać offline? Otóż nie! Z dwóch powodów: Po pierwsze, zdarza się, że nasza praca to wiele zobowiązań. W różnych miejscach, z różnymi ludźmi, o różnych porach. Jeśli chcemy to efektywnie połączyć w jedną całość, wywiązywać się ze swoich zobowiązań, w terminie wykonywać zadania przełożonego, kierować zespołem klasowym, koordynować organizację imprez szkolnych czy zarządzać zespołem nauczycieli, musimy pilnować każdego naszego zobowiązania. Niedopełnianie zobowiązań najbardziej jest odczuwalne, gdy sami coś organizujemy i gdy to my czegoś potrzebujemy od innych. Nauczyciele dobrze wiedzą o czym mówię, bo to oni najczęściej załamują ręce, gdy ich uczniowie nie zrobili na czas tego, do czego ich nauczyciele zobowiązali. A najgorsze w tym wszystkim wtedy jest to, że ci niesforni uczniowie nie zdają sobie sprawy, że nauczyciel angażował w to jeszcze innych ludzi - coś z nimi uzgadniał, coś im obiecywał, a czasami nawet podejmował jakieś zobowiązania finansowe. "No po prostu odechciewa się wszystkiego!"
Ale nie załamujmy rąk, Drodzy Uczniowie! Wasi nauczyciele wcale nie są lepsi. Oni też nie wywiązują się ze swoich zobowiązań. Można by powiedzieć, że nie odrabiają zadań. Oczywiście nie wszyscy. I nie zawsze. To jest dokładnie tak jak wśród uczniów. - Jeden zrobił, co do niego należy, a inny nie. I gdyby można było takich nauczycieli posadzić wszystkich razem w ławkach i przez osiem godzin lekcyjnych wykładać im, co i jak, i kiedy, to szkoły nasze działałyby odrobinę sprawniej. Ale tak nie jest. Więc pozostaje nam do wyboru:
1. Wołać każdego z osobna lub dzwonić do każdego z osobna i klarować, o co nam chodzi.
2. Wysłać jednego maila do wszystkich i mieć nadzieję, że ten odpowiedzialny nauczyciel przeczyta go w miarę szybko i ze zrozumieniem, i zrobi, co do niego należy.
Oczywiście założeniem jest, że... nauczyciel jest online. I odbiera maile, i odpowiada na nie, bo wie, że od jego odpowiedzi zależą czas, praca i zobowiązania innych ludzi.
A jeśli nie jest online, nie może sprawnie funkcjonować we współczesnej szkole, ku czemu znajdziemy jeszcze jeden ważny powód. Są nim sami uczniowie.
Przyglądnijmy się takiej Natalii. Ta dziewczyna jest przyklejona do telefonu. Gdzie ją nie spotkasz, zawsze w ręku trzyma smartfona. Coś na nim pisze, coś sprawdza, coś czyta. A pozostali? Pierwsze, co robią, wychodząc z klasy, to sprawdzenie, czy ktoś przypadkiem do nich nie dzwonił lub nie pisał. Taka Ola nie potrafi się powstrzymać, żeby nie odebrać swoich wiadomości nawet podczas lekcji, a Thomas byłby gotów w trakcie zajęć odpowiadać na zapytania z Allegro dotyczące jego aukcji. Przejdź się korytarzem dowolnej uczelni wyższej, a w ciągu kilku sekund naliczysz dookoła siebie tuzin smartfonów, tabletów i laptopów. Ci ludzie są non-stop online! Jeśli mają odpowiednio skonfigurowane urządzenia, to pierwsi dowiedzą się z serwisów prasowych, co się dzieje na świecie - całe 6 godzin przed tym, gdy ich nauczyciel przyjdzie do domu i o 19.30 włączy Wiadomości!
Bycie online przestaje być czymś niezwykłym. Stało się częścią życia młodych ludzi wypełniających szkolne ławki. Ludzi, którzy na bazie zaledwie kilku minionych lat rozwoju technologii cyfrowych z zamkniętymi oczami wypisują sms-y i znają wszystkie gesty do obsługi smartfona dwoma palcami. Ludzi, którzy bez przerwy są ze sobą w kontakcie. Ludzi, których my, nauczyciele, mamy czegoś uczyć. Jeśli poważnie myślimy o sprostaniu wymaganiom, jakie stawia przed nami dzisiejsza szkoła, musimy pozostać online.
piątek, 8 listopada 2013
Jak tu ze sobą współpracować?
Jeśli dzisiejsza szkoła ma uczyć współpracy, powinna tworzyć warunki do tego, aby taka współpraca była możliwa. Nie mam tu na myśli jedynie siedzenia z najlepszym kolegą w jednej ławce. Tak było kiedyś. - Sam siedziałem z kolegą Krzyśkiem w liceum w jednej ławce. I to na wszystkich niemalże lekcjach! W każdej sali! Z własnej woli. Nie z zarządzenia nauczyciela! A nasza współpraca polegała na tym, że gdy tylko było to możliwe, zaglądaliśmy sobie do zeszytów, sprawdzając, czy nasze rozwiązania tego samego zadania z matematyki mają taką samą wartość i gdzie ewentualnie któryś z nas popełnił błąd. I wtedy dochodziło do wymiany zdań i... współpracy.
Wtedy mi to nie przeszkadzało. Nie wiedziałem, że można inaczej - że zadania można rozwiązywać wspólnie, na jednej kartce, a nie w dwóch zeszytach. Że można czerpać z pomysłów uczniów, którzy siedzą kilka rzędów za mną. Że można wymieniać się swoimi notatkami i rozwiązaniami zadań. Ba, to ostatnie uchodziło nawet za grzech!
Nie chodzi o to, żeby kogoś za to winić. Chodzi o to, że dzisiaj lekcje wyglądają tak samo. - Zmienił się świat. Nie zmieniła się szkoła.
Ktoś powie, że to nie prawda, że u pani X uczniowie współpracują. Współpracują w grupach i w parach. Bardzo dobrze - odpowiem. Ale nie wszędzie. I wiem, co mówię, bo widziałem to już nie raz. A najlepszym dowodem na to są ławki ustawione w salach lekcyjnych zawsze w ten sam sposób oraz uczniowie dzielący swoją ławkę wiecznie z tym samym kolegą. Dochodzi nawet do takich absurdów, że w małych liczebnie klasach uczniowie potrafią zajmować miejsca w lewym i prawym rządzie ławek, a środkowy jest pusty! Część z nich nawet dobrze nie widzi mapy, która wisi na ścianie, pod którą siedzą. I siedzą tak przez wszystkie lekcje do momentu, aż muszą zmienić salę i przenieść się tam, gdzie ponownie zajmą to "swoje" upatrzone miejsce.
Zmiana sposobu zarządzania grupą uczniów to jedno, na co musi nastawić się każdy z nas, nauczycieli. Zmiana nastawienia uczniów do takich pomysłów to drugie, z czym będziemy musieli się zmierzyć. Bo przecież nie każdy Jaś usiądzie chętnie obok każdej Agatki. To jasne. Ale nie o to chodzi, aby Jasia do tego zmuszać za wszelką cenę. Chodzi o to, żeby stworzyć mu warunki, aby mógł z Agatką współpracować mimo swojej niechęci. I tu wyjaśnię, co znaczy "współpracować" i "stworzyć warunki".
Nie oczekujmy, że każdy z każdym w klasie będzie chętnie rozwiązywał zadania, robił burzę mózgów, czy notatki z tekstu. Zresztą do tej pory nie było to możliwe. - Aby każdy z każdym mógł coś wypracować, to pojedyncza lekcja musiałaby trwać chyba z pół dnia, a nie 45 minut. Ale tak było do tej pory. Teraz każdy z uczniów może podczas normalnej lekcji uzyskać dostęp do wszystkiego, co tworzy każdy inny uczeń na tej lekcji, poprawić to, skomentować, wzbogacić. A możliwości takie dają nam nowe technologie - tablety i laptopy, Internet, współdzielone dokumenty w chmurze, tablice wirtualne i wiele innych narzędzi. Co więcej, nasi uczniowie są do tego doskonale przygotowani. Ich umiejętności w zakresie nowych technologii niejednokrotnie przewyższają te, jakie posiada nauczyciel. Jeśli szkołom uda się przystosować swoich nauczycieli do wykorzystania tych nowatorskich narzędzi w pracy, to słowo "współpraca" nabierze w szkole zupełnie innego znaczenia.
Wtedy mi to nie przeszkadzało. Nie wiedziałem, że można inaczej - że zadania można rozwiązywać wspólnie, na jednej kartce, a nie w dwóch zeszytach. Że można czerpać z pomysłów uczniów, którzy siedzą kilka rzędów za mną. Że można wymieniać się swoimi notatkami i rozwiązaniami zadań. Ba, to ostatnie uchodziło nawet za grzech!
Nie chodzi o to, żeby kogoś za to winić. Chodzi o to, że dzisiaj lekcje wyglądają tak samo. - Zmienił się świat. Nie zmieniła się szkoła.
Ktoś powie, że to nie prawda, że u pani X uczniowie współpracują. Współpracują w grupach i w parach. Bardzo dobrze - odpowiem. Ale nie wszędzie. I wiem, co mówię, bo widziałem to już nie raz. A najlepszym dowodem na to są ławki ustawione w salach lekcyjnych zawsze w ten sam sposób oraz uczniowie dzielący swoją ławkę wiecznie z tym samym kolegą. Dochodzi nawet do takich absurdów, że w małych liczebnie klasach uczniowie potrafią zajmować miejsca w lewym i prawym rządzie ławek, a środkowy jest pusty! Część z nich nawet dobrze nie widzi mapy, która wisi na ścianie, pod którą siedzą. I siedzą tak przez wszystkie lekcje do momentu, aż muszą zmienić salę i przenieść się tam, gdzie ponownie zajmą to "swoje" upatrzone miejsce.
Zmiana sposobu zarządzania grupą uczniów to jedno, na co musi nastawić się każdy z nas, nauczycieli. Zmiana nastawienia uczniów do takich pomysłów to drugie, z czym będziemy musieli się zmierzyć. Bo przecież nie każdy Jaś usiądzie chętnie obok każdej Agatki. To jasne. Ale nie o to chodzi, aby Jasia do tego zmuszać za wszelką cenę. Chodzi o to, żeby stworzyć mu warunki, aby mógł z Agatką współpracować mimo swojej niechęci. I tu wyjaśnię, co znaczy "współpracować" i "stworzyć warunki".
Nie oczekujmy, że każdy z każdym w klasie będzie chętnie rozwiązywał zadania, robił burzę mózgów, czy notatki z tekstu. Zresztą do tej pory nie było to możliwe. - Aby każdy z każdym mógł coś wypracować, to pojedyncza lekcja musiałaby trwać chyba z pół dnia, a nie 45 minut. Ale tak było do tej pory. Teraz każdy z uczniów może podczas normalnej lekcji uzyskać dostęp do wszystkiego, co tworzy każdy inny uczeń na tej lekcji, poprawić to, skomentować, wzbogacić. A możliwości takie dają nam nowe technologie - tablety i laptopy, Internet, współdzielone dokumenty w chmurze, tablice wirtualne i wiele innych narzędzi. Co więcej, nasi uczniowie są do tego doskonale przygotowani. Ich umiejętności w zakresie nowych technologii niejednokrotnie przewyższają te, jakie posiada nauczyciel. Jeśli szkołom uda się przystosować swoich nauczycieli do wykorzystania tych nowatorskich narzędzi w pracy, to słowo "współpraca" nabierze w szkole zupełnie innego znaczenia.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Nie od dzisiaj wiadomo, że...
To, czym miałbym się tu zajmować, zaprząta moją głowę od ponad roku, a może i dłużej. Bycie wicedyrektorem w szkole daje mianowicie sposobność spojrzenia na sprawy uczniów i szkoły z trochę odmiennej perspektywy niż ma to miejsce u "szeregowego nauczyciela". Nie wykluczam przy tym, że są wśród nas szeregowi nauczyciele, którzy podzielają punkt widzenia wicedyrektora. Mam jednak nieodparte wrażenie, że jest też wielu takich, którzy w niezliczonych sprawach prezentują zupełnie odmienne poglądy. Ale niech tak będzie. - Zmiana musi wynikać z wewnętrznych przekonań nauczyciela, a nie tylko i wyłącznie z zarządzeń dyrektorskich.
A jeśli ma dojść do zmiany, to na pewno potrzebny jest bodziec. Dla mnie tym bodźcem były m.in. artykuły i nagrania, na jakie trafiłem podczas surfowania po sieci. Kilka z nich było na tyle ciekawych, że zasłużyły na kliknięcie w "podaj dalej". Zobacz na moim profilu na Twitterze, co uznałem za warte przeczytania i obejrzenia. Oto link: https://twitter.com/Karolkiewicz
A jeśli ma dojść do zmiany, to na pewno potrzebny jest bodziec. Dla mnie tym bodźcem były m.in. artykuły i nagrania, na jakie trafiłem podczas surfowania po sieci. Kilka z nich było na tyle ciekawych, że zasłużyły na kliknięcie w "podaj dalej". Zobacz na moim profilu na Twitterze, co uznałem za warte przeczytania i obejrzenia. Oto link: https://twitter.com/Karolkiewicz
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)