czwartek, 2 kwietnia 2015

RealtimeBoard dostępna również na urządzeniach przenośnych

Korzystanie z tablicy RealtimeBoard wymagało do tej pory jedynie dostępu do Internetu przez przeglądarkę, było jednak ograniczone technologią Flash. -  Praktyczne mogliśmy używać tablicy jedynie na komputerze PC (stacjonarnym lub na laptopie). Urządzenia mobilne nie nadawały się do tego celu. Teraz się to zmienia. RealtimeBoard przechodzi na HTML5, a to oznacza, że z tablicy będziemy mogli skorzystać na każdym tablecie i każdym smartfonie z przeglądarką internetową.
Zaloguj się na swoje konto RealtimeBoard i w ustawieniach konta wybierz wersję HTML5. Teraz wygoda użytkowania ograniczona jest jedynie wielkością ekranu. Biorąc jednak pod uwagę, jak popularne stały się tablety, zakładam, że przygotowanie i przeprowadzenie lekcji na współdzielonej tablicy będzie teraz jeszcze łatwiejsze i ciekawsze - przede wszystkim dla naszych uczniów.
Zobacz www.realtimeboard.com i koniecznie przetestuj nowe funkcje i narzędzia.

wtorek, 14 stycznia 2014

Tablica w nieco odmiennej formie

Tablica była i będzie w szkole nieodłącznym narzędziem pracy nauczyciela. Służyła naszym dziadom i pradziadom, sami wychowaliśmy się stojąc przy tablicy - raz jako ten odpytywany, innym razem jako ten zadający pytania. I jedyne, co na przestrzeni minionych dziesięcioleci uległo zmianie to pisaki, które zastąpiły kredę, oraz kolor tablic: z zielonych na białe - suchościeralne. Ale to nie koniec ewolucji.
Minione dziesięć lat to mniej lub bardziej udane próby wprowadzenia do szkół tablic interaktywnych - całkiem mądrych rozwiązań, które jednak wymagały od nauczyciela odpowiedniego wyszkolenia oraz znajomości oprogramowania, które nie zawsze wyróżniało się wśród użytkowników należytym stopniem opanowania. To raczej zniechęcało do użytkowania tablic interaktywnych - urządzeń raczej skomplikowanych i stawiających wymagania ich użytkownikom.
Mój syn ma w swojej szkole tablice interaktywne. Na pewno są w klasach, w których ma lekcje. Z jego relacji wynika, że przez cały miniony rok szkolny, do dnia dzisiejszego jego klasa ani razu nie korzystała z tablicy interaktywnej. Inny przypadek: Absolwent liceum, podsumowując wyposażenie szkoły, w której spędził trzy lata, z drwiącym śmiechem zauważył, że przez trzy lata nauki ani razu na lekcjach nie była wykorzystywana tablica interaktywna wisząca w sali, w której codziennie miał lekcje. Obawiam się, że nie był to odosobniony przypadek.
Na szczęście istnieją już rozwiązania, które w swojej prostocie prześcigają tablice interaktywne, łącząc jednocześnie zalety zwykłych tablic z osiągnięciami nowych technologii. Weźmy dla przykładu tablicę wirtualną RealtimeBoard. Co będzie potrzebne? Laptop z rzutnikiem. Przeglądarka internetowa - najlepiej Chrome i adres www.realtimeboard.com. Po zarejestrowaniu się i zalogowaniu na nasze konto uzyskujemy dostęp do narzędzia, które nie tylko umożliwia nam sporządzanie notatek podczas lekcji, lecz pozwala dzielić się tymi notatkami z każdym w klasie i poza nią. Daje nam możliwość gromadzenia i wyświetlania informacji w dogodny dla nas sposób - linków, zdjęć i komentarzy; pozwala na zaznaczanie, rysowanie, wymazywanie, tworzenie powiązań i wiele innych rzeczy. A poz tym nic, co mamy na tablicy, nie musi być bezpowrotnie zmazane. Możemy zachować nasze notatki i podzielić się nimi z innymi.
Co do obsługi niech przemówią fakty: Pewnego dnia posadziłem mojego syna, 8-latka, przed ekranem komputera z otwartą wirtualną tablicą. Powiedziałem: "Zobacz sam, co potrafisz." I w dziesięć minut ten nieprzeszkolony II-klasista wyczarował swoje notatki. Oto ich fragment:

Tak jak ta grafika, tak też obsługa tablicy jest dziecinnie prosta, ale to nie jedyna zaleta tego narzędzia. RealtimeBoard umożliwia współpracę wielu uczniów zaproszonych do współużytkowania tablicy. Nauczyciel zaprasza uczniów wykorzystując ich adresy mailowe, a tym samym daje im jednoczesny dostęp to tej samej przestrzeni roboczej. Każdy, kto ze swojego komputera dołączy do tablicy, widzi innych i jest widziany wraz ze swoimi notatkami w czasie rzeczywistym. Myślę, że możliwości, jakie daje to narzędzie są ograniczone tylko w przypadku matematyków (dla nich, ze względu na wzory i obliczenia, zaproponuję wkrótce coś innego) oraz nauczycieli wf-u. Na każdym innym przedmiocie robienie notatek, dzielenie się pomysłami, gromadzenie informacji i wymiana myśli mogą być z powodzeniem realizowane również za pomocą tego narzędzia. Wypróbuj sam lub zachęć swojego nauczyciela do poeksperymentowania z wirtualną tablicą. Ja miałem okazję wykorzystać tę tablicę na lekcjach języków obcych i bardzo jestem ciekaw, w czym się jeszcze sprawdzi.

niedziela, 15 grudnia 2013

Twoja prezentacja obsługiwana za pomocą Twojego smartfona

Szkoła to doskonałe miejsce na prezentacje. Przygotowanie i przeprowadzenie prezentacji jest chyba nieodłączną częścią życia szkolnego - od przedmiotów humanistycznych, przez przyrodnicze, a skończywszy na wszelkiego rodzaju imprezach szkolnych czy klasowych. - Gdzie, kto może i potrafi - tam wołają o prezentację. I dobrze. Stanąć przed publicznością i mieć coś do powiedzenia - to nie lada wyzwanie, a przygotować prezentację, której ktoś zechce wysłuchać i z zainteresowaniem ją obejrzy - to nie lada sztuka.
Pamiętam, że jeszcze pięć lat temu prezentacje robione w Power Point wcale niebyły takim chlebem powszednim. - Nie wszyscy dysponowali oprogramowaniem, laptopy były rzadkością, a obsługa programu Microsoftu wcale nie należała do najłatwiejszych. I nie należy do dnia dzisiejszego. - Takie przynajmniej odnoszę wrażenie oglądając czasami prezentacje naszych uczniów lub moich kolegów po fachu, chociaż de facto, jakby dobrze policzyć, to prezentacji tych drugich jest zdecydowanie mniej. My, nauczyciele wolimy, wygląda na to, zlecić przygotowanie prezentacji uczniowi, niż sami przygotowywać własne. Co z resztą można usprawiedliwić, albowiem uczeń, czekając na swoją kolej przygotuje jedną prezentację raz na jakiś czas, a nauczyciel musiałby siedzieć nad swoimi chyba dzień w dzień, żeby na każdą lekcję mieć to coś, czym pochłonie uwagę uczniów. I nie będzie tutaj żadną przesadą usprawiedliwianie nauczyciela. Przygotowanie pojedynczej prezentacji, którą potem wygłaszamy przez 10-15 minut, zajmuje wiele czasu. Żeby nie być gołosłownym: Liczyłem czas, jaki poświęciłem ostatnio na przygotowanie takiej prezentacji. Zajęło mi to dobre 12 godzin siedzenia przed komputerem. Ale nie żałuję tej pracy, bo powstała prezentacja, która zdecydowanie ułatwiła mi występ przed moją publicznością. A o to chyba przede wszystkim chodzi.
I nie była to prezentacja Power Point. Było to Prezi (www.prezi.com). Polecam. Dlaczego? Bo mam tam możliwość zebrania w jednym miejscu wszystkiego, co chcę pokazać. Bo mogę swobodnie decydować, w jakiej kolejności pokażę moje treści lub ich fragmenty. Bo jest darmowa, ogólnodostępna i zachęca do eksperymentowania.
Jeśli jesteś zwolennikiem nowinek, ciekawi Cię to, co niekonwencjonalne, na pewno zaglądniesz na stronę Prezi. Jako przeciętny użytkownik będziesz mógł/mogła utworzyć i wykorzystać swoją prezentację. Jako nauczyciel uzyskasz licencję edukacyjną z dodatkowymi przywilejami, a jeśli zechcesz zapłacić, możesz liczyć również na "fajerwerki", które w normalnemu człowiekowi zazwyczaj nie są potrzebne. Ale to nie wszystko.
Teraz coś dla tych, którzy podczas swojej prezentacji, stojąc przy swoim laptopie, sięgają za każdym razem do myszki lub klawiatury, żeby zmieniać slajdy. Denerwujące, prawda? Prawda. Rozwiązaniem problemu jest tzw. prezenter. Jeśli Cię na to stać, wyskakujesz z 100-200 zł i kupujesz takiego małego pilota, który podłączony bezprzewodowo z odbiornikiem USB w Twoim laptopie posłusznie będzie przełączał slajdy za każdym razem, gdy Ty naciśniesz na nim "next". Albo posłuchasz mojej rady: Prezentery są dosyć drogim luksusem. I większość z nich obsługuje przede wszystkim Power Pointa z Microsoftu. Jeśli pracujesz na tym oprogramowaniu, prezenter powinien się sprawdzić. Jeśli natomiast korzystasz z Prezi, doskonałym rozwiązaniem będzie aplikacja na Twojego smartfona z Androidem. W Google Play znajdziesz apkę "Presentation Remote". Ta mała aplikacja zamieni Twojego smartfona w prezentera. Żeby to zadziałało, będziesz musiał/a na swoim komputerze zainstalować tzw. Remote Serwer. Jak to zrobić? W Google Play w opisie do aplikacji "Presentation Remote" znajdziesz odpowiedni link dla Twojego systemu operacyjnego. Po zainstalowaniu i uruchomieniu tego oprogramowania na komputerze, możesz wystartować Twoją apkę "Presnetation Remote" na smartfonie, a on już poprowadzi Cię przez dalsze kroki. Efekt jest taki, że każdą prezentację (Power Point, Prezi itp.) będziesz mógł/mogła obsługiwać maźnięciem palca po ekranie smartfona lub przyciskiem głośności. Brzmi ciekawie? Do ciekawych świat należy. Wypróbuj, a jeśli będziesz mieć jakieś cenne spostrzeżenia, podziel się ze mną swoimi uwagami.

wtorek, 26 listopada 2013

Niewiedza wpędza nas w niemoc

Nie jestem zwolennikiem Facebooka. Mam tam wprawdzie konto, ale nie potrafię się przemóc, żeby z niego aktywnie korzystać. Moje wpisy na osi czasu ograniczają się do "Dołączył do Facebooka" i raz na kwartał - "Ryszard i ... są teraz znajomymi." Moja żona przeklina mnie nawet za to, że prowadząc jeden z większych projektów lokalnej mniejszości, nie udało mi się nawet polubić fanpage'a tego projektu, który de facto sam prowadzę! Niesłychane!
I to fakt: odczuwam pewien niesmak, gdy pomyślę, że mając w zasięgu ręki takie narzędzie jak Facebook, pozostaję nieco na uboczu, nie wykorzystuję jego potencjału. A potencjał jest. I to nie mały. Wprawdzie nie potrafię go dla siebie wykorzystać, ale na pewno go dostrzegam. Swego czasu dostrzegł go Zuckerberg i byłbym głupcem, gdybym twierdził, że to bez znaczenia - po tym, jak ten facet udowodnił, że można, że się da, że to działa. Jedyne, przez co postrzegam się nie do końca na straconej pozycji, to wiedza, że Facebook istnieje i będzie istniał, a ignorowanie go do niczego nie prowadzi.
Również jako nauczyciel odczuwam ten sam niedosyt, bo wiem, że moja praca mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, gdybym mógł sięgnąć po te wszystkie fajne pomysły, jakie mają moi koledzy po fachu i z powodzeniem stosują je w swojej pracy. Mógłbym i mogę - pod warunkiem, że o nich wiem. Żeby nie być gołosłownym - zobacz mój profil na Twitterze - gromadzę tam co ciekawsze spostrzeżenia na temat zmian, jakie towarzyszą nam w dzisiejszym świecie i edukacji. Przez minione miesiące i lata surfowania po sieci natknąłem się na szereg pomysłów, z których część odmieniła również mój warsztat pracy. Wprost trudno mi dziś sobie wyobrazić, że nadal biegam z pendrivem, że czasami go zapomnę albo że uległ awarii w najmniej spodziewanym momencie, a ja tracę wszystkie moje pliki, jakie na nim zapisałem. Nagrywanie czegokolwiek na płytkę CD w ogóle nie wchodzi w rachubę, a przerzucanie plików na kartę pamięci czy telefon komórkowy uznaję po prostu za mordęgę. Bo mam inny pomysł: dyski w chmurze. Przechowywanie danych w chmurze odmieniło wprost moje życie zawodowe. - Cokolwiek przygotuję na domowym komputerze, mam do tego dostęp w szkolnym biurze i w każdej sali lekcyjnej. Ostatnio nawet wybieraliśmy się z naszą klasą maturzystów na pewne szkolenie na jednej z opolskich uczelni, gdy na przystanku autobusowym jedna z moich uczennic mówi mi, że ma jakieś problemy z zadaniem domowym, które zadałem jej dzień wcześniej. Ja z radością: że nie ma problemu, że zaraz zobaczymy i... wyciągam smartfona, zaglądam do naszych notatek z lekcji i nawet na przystanku autobusowym mam dostęp do wszystkiego, co dzień wcześniej działo się w szkole. - Moja uczennica z resztą też.
Nie mogę wprost pojąć, że jeszcze rok temu biegałem z tym pendrivem. I z tego, co widzę, to duża część nauczycieli jeszcze z nim biega (jeśli w ogóle korzysta z komputera).  Co może odmienić ich życie, to ta jedna mała iskierka - pozwolić sobie pokazać, jakie są możliwości i jaki potencjał tkwi w nowych technologiach, i oczywiście... chcieć z nich skorzystać.

czwartek, 14 listopada 2013

Nie mogę pozwolić sobie na bycie offline

Bycie offline jest dla dużej części nas, dorosłych cyfrowych imigrantów, naturalnym stanem rzeczy. Bycie offline określa nasz byt. Dumni jesteśmy z tego, że "za naszych czasów" nie było komputerów, Internetu i Facebooka, a na takich porządnych ludzi wyrośliśmy! I nawet nasza stara, tradycyjna szkoła potrafiła nauczyć nas, jak być dobrym obywatelem. Są wśród nas nawet tacy, którzy chełpią się tym, że nie korzystają z komputera, że nie mają adresu mailowego, że nie korzystają z Facebooka. Można by rzec: Wszyscy się tak urodziliśmy, tacy jesteśmy i tak pomrzemy. - Dinozaury ery przedkomputerowej.

I może jest to całkiem naturalny stan rzeczy. Może rzeczywiście tak powinno pozostać. W końcu nie można zmusić nikogo do tego, aby coś było mu potrzebne - aby czegoś chciał, aby czegoś pragnął. I szczerze mówiąc, w życiu pozazawodowym nikogo nie powinno to obchodzić, czy mamy komputer, dostęp do Internetu i konto na Facebooku. Prywatnie dokonujemy własnych, nieprzymuszonych wyborów i jeśli wolimy kontaktować się z kimś offline, to nic nikomu do tego. Basta.

Ale jest jeszcze życie zawodowe - praca, a w przypadku ucznia - szkoła. I tu życie zaczyna się komplikować. Bo czy możemy np. jako nauczyciele pozostawać offline? Otóż nie! Z dwóch powodów: Po pierwsze, zdarza się, że nasza praca to wiele zobowiązań. W różnych miejscach, z różnymi ludźmi, o różnych porach. Jeśli chcemy to efektywnie połączyć w jedną całość, wywiązywać się ze swoich zobowiązań, w terminie wykonywać zadania przełożonego, kierować zespołem klasowym, koordynować organizację imprez szkolnych czy zarządzać zespołem nauczycieli, musimy pilnować każdego naszego zobowiązania. Niedopełnianie zobowiązań najbardziej jest odczuwalne, gdy sami coś organizujemy i gdy to my czegoś potrzebujemy od innych. Nauczyciele dobrze wiedzą o czym mówię, bo to oni najczęściej załamują ręce, gdy ich uczniowie nie zrobili na czas tego, do czego ich nauczyciele zobowiązali. A najgorsze w tym wszystkim wtedy jest to, że ci niesforni uczniowie nie zdają sobie sprawy, że nauczyciel angażował w to jeszcze innych ludzi - coś z nimi uzgadniał, coś im obiecywał, a czasami nawet podejmował jakieś zobowiązania finansowe. "No po prostu odechciewa się wszystkiego!"

Ale nie załamujmy rąk, Drodzy Uczniowie! Wasi nauczyciele wcale nie są lepsi. Oni też nie wywiązują się ze swoich zobowiązań. Można by powiedzieć, że nie odrabiają zadań. Oczywiście nie wszyscy. I nie zawsze. To jest dokładnie tak jak wśród uczniów. - Jeden zrobił, co do niego należy, a inny nie. I gdyby można było takich nauczycieli posadzić wszystkich razem w ławkach i przez osiem godzin lekcyjnych wykładać im, co i jak, i kiedy, to szkoły nasze działałyby odrobinę sprawniej. Ale tak nie jest. Więc pozostaje nam do wyboru:
1. Wołać każdego z osobna lub dzwonić do każdego z osobna i klarować, o co nam chodzi.
2. Wysłać jednego maila do wszystkich i mieć nadzieję, że ten odpowiedzialny nauczyciel przeczyta go w miarę szybko i ze zrozumieniem, i zrobi, co do niego należy.
Oczywiście założeniem jest, że... nauczyciel jest online. I odbiera maile, i odpowiada na nie, bo wie, że od jego odpowiedzi zależą czas, praca i zobowiązania innych ludzi.
A jeśli nie jest online, nie może sprawnie funkcjonować we współczesnej szkole, ku czemu znajdziemy jeszcze jeden ważny powód. Są nim sami uczniowie.

Przyglądnijmy się takiej Natalii. Ta dziewczyna jest przyklejona do telefonu. Gdzie ją nie spotkasz, zawsze w ręku trzyma smartfona. Coś na nim pisze, coś sprawdza, coś czyta. A pozostali? Pierwsze, co robią, wychodząc z klasy, to sprawdzenie, czy ktoś przypadkiem do nich nie dzwonił lub nie pisał. Taka Ola nie potrafi się powstrzymać, żeby nie odebrać swoich wiadomości nawet podczas lekcji, a Thomas byłby gotów w trakcie zajęć odpowiadać na zapytania z Allegro dotyczące jego aukcji. Przejdź się korytarzem dowolnej uczelni wyższej, a w ciągu kilku sekund naliczysz dookoła siebie tuzin smartfonów, tabletów i laptopów. Ci ludzie są non-stop online! Jeśli mają odpowiednio skonfigurowane urządzenia, to pierwsi dowiedzą się z serwisów prasowych, co się dzieje na świecie - całe 6 godzin przed tym, gdy ich nauczyciel przyjdzie do domu i o 19.30 włączy Wiadomości!

Bycie online przestaje być czymś niezwykłym. Stało się częścią życia młodych ludzi wypełniających szkolne ławki. Ludzi, którzy na bazie zaledwie kilku minionych lat rozwoju technologii cyfrowych z zamkniętymi oczami wypisują sms-y i znają wszystkie gesty do obsługi smartfona dwoma palcami. Ludzi, którzy bez przerwy są ze sobą w kontakcie. Ludzi, których my, nauczyciele, mamy czegoś uczyć. Jeśli poważnie myślimy o sprostaniu wymaganiom, jakie stawia przed nami dzisiejsza szkoła, musimy pozostać online.

piątek, 8 listopada 2013

Jak tu ze sobą współpracować?

Jeśli dzisiejsza szkoła ma uczyć współpracy, powinna tworzyć warunki do tego, aby taka współpraca była możliwa. Nie mam tu na myśli jedynie siedzenia z najlepszym kolegą w jednej ławce. Tak było kiedyś. - Sam siedziałem z kolegą Krzyśkiem w liceum w jednej ławce. I to na wszystkich niemalże lekcjach! W każdej sali! Z własnej woli. Nie z zarządzenia nauczyciela! A nasza współpraca polegała na tym, że gdy tylko było to możliwe, zaglądaliśmy sobie do zeszytów, sprawdzając, czy nasze rozwiązania tego samego zadania z matematyki mają taką samą wartość i gdzie ewentualnie któryś z nas popełnił błąd. I wtedy dochodziło do wymiany zdań i... współpracy.
Wtedy mi to nie przeszkadzało. Nie wiedziałem, że można inaczej - że zadania można rozwiązywać wspólnie, na jednej kartce, a nie w dwóch zeszytach. Że można czerpać z pomysłów uczniów, którzy siedzą kilka rzędów za mną. Że można wymieniać się swoimi notatkami i rozwiązaniami zadań. Ba, to ostatnie uchodziło nawet za grzech!
Nie chodzi o to, żeby kogoś za to winić. Chodzi o to, że dzisiaj lekcje wyglądają tak samo. - Zmienił się świat. Nie zmieniła się szkoła.
Ktoś powie, że to nie prawda, że u pani X uczniowie współpracują. Współpracują w grupach i w parach. Bardzo dobrze - odpowiem. Ale nie wszędzie. I wiem, co mówię, bo widziałem to już nie raz. A najlepszym dowodem na to są ławki ustawione w salach lekcyjnych zawsze w ten sam sposób oraz uczniowie dzielący swoją ławkę wiecznie z tym samym kolegą. Dochodzi nawet do takich absurdów, że w małych liczebnie klasach uczniowie potrafią zajmować miejsca w lewym i prawym rządzie ławek, a środkowy jest pusty! Część z nich nawet dobrze nie widzi mapy, która wisi na ścianie, pod którą siedzą. I siedzą tak przez wszystkie lekcje do momentu, aż muszą zmienić salę i przenieść się tam, gdzie ponownie zajmą to "swoje" upatrzone miejsce.
Zmiana sposobu zarządzania grupą uczniów to jedno, na co musi nastawić się każdy z nas, nauczycieli. Zmiana nastawienia uczniów do takich pomysłów to drugie, z czym będziemy musieli się zmierzyć. Bo przecież nie każdy Jaś usiądzie chętnie obok każdej Agatki. To jasne. Ale nie o to chodzi, aby Jasia do tego zmuszać za wszelką cenę. Chodzi o to, żeby stworzyć mu warunki, aby mógł z Agatką współpracować mimo swojej niechęci. I tu wyjaśnię, co znaczy "współpracować" i "stworzyć warunki".
Nie oczekujmy, że każdy z każdym w klasie będzie chętnie rozwiązywał zadania, robił burzę mózgów, czy notatki z tekstu. Zresztą do tej pory nie było to możliwe. - Aby każdy z każdym mógł coś wypracować, to pojedyncza lekcja musiałaby trwać chyba z pół dnia, a nie 45 minut. Ale tak było do tej pory. Teraz każdy z uczniów może podczas normalnej lekcji uzyskać dostęp do wszystkiego, co tworzy każdy inny uczeń na tej lekcji, poprawić to, skomentować, wzbogacić. A możliwości takie dają nam nowe technologie - tablety i laptopy, Internet, współdzielone dokumenty w chmurze, tablice wirtualne i wiele innych narzędzi. Co więcej, nasi uczniowie są do tego doskonale przygotowani. Ich umiejętności w zakresie nowych technologii niejednokrotnie przewyższają te, jakie posiada nauczyciel. Jeśli szkołom uda się przystosować swoich nauczycieli do wykorzystania tych nowatorskich narzędzi w pracy, to słowo "współpraca" nabierze w szkole zupełnie innego znaczenia.